Dziś jest 2018.05.23 środa
 
 aktualności
 misja Bijsk
 perelki
 fotografie
 historia
 przewodnik
 wyprawy
 strefa audio
 strefa VIDEO
 kontakt
 wsparcie
 ogloszenia
 linki
 
 

 

 

o.Andrzej Obuchowski
659301 Region Altai,
Biysk-1 Box-5, Russia

catholic@misja-bijsk.org
webadmin@misja-bijsk.org

 

Szczeci - Syberia 2006 (motocyklem).
autor: Barbara i Krzysztof "Redskin" Pańczak
Poniższy tekst jest zamieszczony na stronach www.misja-bijsk.org dzięki urzejmości
autora(ów), oryginał znajduje się na stronie
http://www.wyprawa.xtra.pl/

 

Spis treści

Uczestnicy

Krzysztof "Redskin" Pańczak (25)
Weteran wojaży motocyklowych po Syberii. W 2000 roku wraz z Andrzejem Maziakowskim - Szaszką odbył pierwszą polską motocyklową wyprawę na Sybir (Nizina Zachodniosyberyjska), o której możecie przeczytać na www.turystyka.motocykle.pl oraz w Świecie Motocykli 12/2000. Kolejna wyprawa miała miejsce rok później i prowadziła aż do Władywostoku nad Morzem Japońskim i trwała 2 miesiące. W następnych latach odbył między innymi podróż 20 letnim "maluchem" do Moskwy oraz wiele innych ciekawych wojaży.

Barbara Jaroszewicz (23)
Nie raz już sprawdziła się jako wierna towarzyszka ekstremalnych wypraw. Razem z Krzyśkiem zaliczyła kanał La Manche Uralem M63 z 63r oraz Krym na niezniszczalnej Yamasze XT 500 (2003) , dojechali też autostopem do Turcji(2004) i starymi rowerami "Ukraina" ze Szczecina w Bieszczady(2005).

Trasa

Motocykl

Yamaha XT 600 Z Tenere
Dobre przygotowanie motocykla do drogi w dużej mierze przekłada się na powodzenie całej ekspedycji. Aby uniknąć niemiłych niespodzianek i zapewnić bezproblemowy powrót do domu przeprowadzono następujące modyfikacje i wymiany:

  • bak 38 litrów
  • wzmacniane + podwyższane zawieszenie przednie i tylne
  • gmole ochronne
  • bagażniki
  • dodatkowy schowek na narzędzia zintegrowany z osłoną silnika
  • uchwyty i instalacja elektryczna do podłączenia GPS (jednak go nie bierzemy)
  • handbary
  • szlif cylindra + wymiana tłoka na Wossner (więcej mocy)
  • sprzęgło Lucas
  • łańcuszek rozrządu D.I.D
  • wymiana uszczelniaczy zaworowych
  • tarcza hamulcowa - tył Lucas
  • klocki hamulcowe Lucas, Premier
  • zębatki Sunstar
  • łańcuchy D.I.D
  • wymiana łożysk główki ramy
  • akumulator Yuasa
  • filtry, świece, olej.. etc..

Wspomnienia

Oto całość textu:
Pajechali w Tajgu!
W podróż poślubną na Syberię i to motocyklem??!! Basi dziadkowie tam byli nie z własnej woli, a wy sami tam się pchacie?!? Skwitowała nasz pomysł moja teściowa..

1 lipiec. Motocykl od poprzedniego dnia stoi zapakowany i czeka tylko na nasz znak. Jego agresywny wygląd oraz dumna naklejka SYBERIA 2006 zapowiadają wielką przygodę. W istocie, przed nami do pokonania tysiące kilometrów dróg i bezdroży, kilka stref czasowych oraz dziesiątki posterunków GAI z wiecznie chcącymi dostać w łapę milicjantami. Nam to jednak nie straszne! To mój trzeci wyjazd na "Dziki Wschód" (czyt. ŚM 12/2000 oraz 10/2001), wiedziałem zatem mniej więcej co nas czeka i jak sobie radzić w trudnych sytuacjach.

Przez Polskę przelatujemy w miarę sprawnie. W Poznaniu przepala nam się jedna z sakw. Z pomocą przychodzi znajomy mechanik, który szybko wyczarowuje z alu odpowiednią osłonę tłumika i można bez obaw cisnąć dalej. Nocujemy u znajomych Basi! Spasiba Wam!

Do Rosji posiadamy wizy biznesowe, które musimy zarejestrować w Moskwie, kierujemy się zatem przez Mazury, Litwę i Łotwę w stronę rosyjskiej granicy. W Mikołajkach już na nas czeka rodzinka. Pod wieczór przechadzamy się po tym uroczym zakątku i objadamy grillowanym mięsiwem.

Skoro świt wsiadamy na dzielnego sprzęta i prujemy na Litwę. W Wilnie prawie parkujemy w kufrze M-B 124, który ni stąd ni z owąd zatrzymuje się nagle na najszybszym pasie ruchu. Ciśnienie skoczyło, ostre hamowanie i w krytycznym momencie odbijamy w prawo. Uff, mało brakowało.. Klocki Lucas zdały exam na 5! Tego dnia przelatujemy szybko jeszcze przez Łotwę i meldujemy się na rosyjskim przejściu granicznym. Tu mimo, że jak zwykle wpychamy się pod szlaban, odprawa trwa 4h!! Ostatnio nam jakoś szybciej szło.. Do Rosji wjeżdżamy grubo po północy i po 50 km rozbijamy się w środku jakiegoś pola. Komary miały niezłą ucztę...

Następnego dnia cały dzień prujemy totalnym odludziem, wokoło nas tylko lasy i pola a przed nami szara nitka asfaltu. Co jakiś czas mijamy zdezelowane "zaprawki" (cpn-y) i naiwniaków sprzedających wypchane zwierzęta. Na popas zatrzymujemy się 70km przed stolicą nad jakimś zalewem. Mocno zmęczeni zasypiamy szybko. Dziś stuknęło pierwsze 2000km.

Piątego dnia o poranku wjeżdżamy do Moskwy, najdroższego miasta na świecie. Przepych i obrzydliwe bogactwo mieszają się tutaj z biedą. Za chlebem przyjeżdża tutaj wciąż ogromna ilość pełnych nadziei ludzi nie tylko z prowincji, ale również z byłych republik sojuza, przez co miasto rozrasta się w błyskawicznym tempie. Błyskawicznie tworzą się też korki. Z trudem przeciskamy się przez sznur aut po 6-cio pasmowej autostradzie. W centrum zwiedzamy szybko najważniejsze zabytki i uciekamy za miasto, bo niestety na żaden hotel tu nas nie stać. Po drodze śpimy przeważnie pod namiotem lub u znajomych. Przydrożne motele rzadko oferują jako taki standard, ceny jednak trzymają europejskie - nocujemy tam tylko, gdy leje lub komary nie pozwalają na otwarcie szybki w kasku. Za Moskwą wpadamy na cheseburgera do McDonaldsa. Ceny jak u nas z tym, że chyba porcje mają amerykańskie(duży napój ma aż 0,8 litra!!!)

W okolicy Vladimir podczas poszukiwania miejsca na rozbicie namiotu zaliczamy efektowną glebę. Nie jest dobrze! Motocykl przygniótł nogę Basi, która będąc w szoku zaczęła nerwowo wyciągać ją spod żelastwa. Efektem były nadwyrężone ścięgna. Poruszanie się w pojedynkę nie wchodziło w grę. Nie mieliśmy wyjścia - rozbiliśmy namiot i liczyliśmy że o poranku będzie lepiej. Niestety nie było L Basia, z zawodu fizjoterapeutka, decyduje że mimo wszystko jedziemy dalej. Od tej pory przez następne 2 tygodnie pomagam jej wsiadać i zsiadać z motocykla, chodzenie też sprawia jej pewną trudność. Na szczęście później wszystko wraca do normy i obchodzi się bez szpitala.

Poprzez Tatarstan i Baszkirię, siódmego dnia docieramy do Sim, miasteczka położonego w sercu Uralu. Tutaj mieszka nasz stary, dobry znajomy Giena, u którego zostajmy na dzionek aby dać odpocząć tyłkom i przeprowadzić pierwszy większy przegląd sprzęta. W końcu porządnie wyspani, nakarmieni i wykąpani przebijamy się Tenerą przez ten piękny, górski masyw. 120 km zakrętasów i ciągłego wyprzedzania wlekących się pod górę Kamazów owocuje dotarciem do Azji. Kolejna fotka na granicy kontynentów do kolekcji i heja do przodu!

Czeljabińsk, stolica zachodniej Syberii, nadal nie doczekał się porządnego oznakowania, przez co gubimy się w tym molochu. Za miastem obieramy kierunek Kurgan, po drodze mijamy coś na pokrój australijskiego Uhluru - dość oryginalnie prezentuje się w sąsiedztwie zakładów przemysłowych.

Dalej poprzez bezkresne, porośnięte gdzieniegdzie brzozami, zabagnione i kompletnie zakomarzone tereny niziny Zachodnio-Syberyjskiej docieramy pod Kurgan. Jest już ciemno gdy dobijamy się do moteliku "Bajkał". Pokoje i łazienka wyglądały maxymalnie obskurnie i wcale nie były tanie, jednak wizja sasiadowania z miliardami komarów skłoniła nas do wysupłania 300 rubli.

Drogi wcześniej były nawet w miarę równe, jednak tu coraz częściej pojawiały się mega wyrwy w asfalcie, do których z powodzeniem można by wrzucić 29 calowy telewizor. Bywa też tak, że ni stąd ni zowąd piękny asfalt zamienia się w o 30cm niższą szczebionkę (droga szutrowa), co Tenerka przyjmuje z lekkim jęknięciem. Sprzęcik mimo, że obładowany był dość konkretnie to dzielnie znosił męki jakie mu ta obca ziemia zadała.

Poranek wita nas bezchmurnym niebem, lecz mimo wszystko parę razy łapie nas porządna ulewa i przemakamy aż do majtek. Po drodze spotykamy grupę trzech Szwajcarów, którzy na beemkach jadą z Korei oraz dwóch starszych Austalijczyków na Triumphah Tigerach będących w trakcie podróży dookoła świata. Chyba tylko my jedziemy solo..

Na "pekince" (lub "federalce") - głównej drodze łączącej Moskwę z Pekinem - panuje specyficzna atmosfera. Wszyscy podróżnicy, czy to motocykliści, samochodziarze czy autostopowicze, gdy tylko spotkają się na trasie zaraz nawiązują rozmowę i wymieniają się informacjami o drodze. Nierzadko rozmowa kończy się wspólną wieczorną imprezką lub odbywaniem dalszej podróży w powiększonym składzie.

Krajobrazy od 2 dni są takie same czyli bagna, brzozy i komary. W okolicach "Novosiba" pojawiają się pola uprawne i jako taka cywilizacja, od tego miejsca zaczyna się dla nas w końcu PRAWDZIWA PRZYGODA (a nie tranzyt). Samo miasto jest olbrzymie i jest traktowane jako centrum tej dzikiej krainy. Z trudem odnajdujemy tutaj znajomka Sergieja, u którego mamy nadzieję zanocować. Pech chciał, że właśnie wyjeżdżał na tydzień w góry Ałtaj. Nie zostawił nas oczywiście na lodzie, tylko podrzucił do znajomego. Godzillę znam już z przed 5 lat. Nasz najazd zbiegł się z przyjazdem bikerów z Władywostoku, którzy przyjechali pociągiem, aby stąd startować na zlot odbywający się w Tomsku. Ekipa składała się głównie z nowych ruskich(ci od złotych łańcuchów na szyjach) zatem szykowała się impreza z górnej półki. Po paru piwkach wylądowaliśmy w tradycyjnej ruskiej bani i parzyliśmy się do woli wskakując raz po raz do balji z zimną woda. Po kąpieli, między piwkiem i wódeczką wpadła do brzusia świeżo upichcona zupka z barana szczelnie wypełniając żołądek. Sen przyszedł szybko.

O dziwo bez kaca zaczynamy nowy dzień. Na stole czeka znów zupa z barana oraz piwko. Po śniadanku zabieram się za uszczelnienie filtra powietrza, z którego wydostaje się olej. Po paru godzinach jest już OK., a my jedziemy Goldwingami do internet-cafe wysłać info do Polski i zjeść jakiś obiadek. Po powrocie zabieramy się w dalszą drogę i zapadamy w sen 100km za Novosybirskiem.

Rano pakowanko i obieramy kierunek AŁTAJ! Przed Barnaulem orientuję się, że ktoś w czerwonej beemce namiętnie próbuje nas dogonić. Odkręcam zatem nieco gazu aby zgubić cwaniaka. Na rozjeździe jednak mu się udaje. Łamanym angielskim wita nas w imieniu baranulskich bikerów w Ałtajskim Kraju i doprowadza do miejscowego bike serwisu. Na miejscu spotykamy kolejną parę Australijczyków, tym razem podobnie jak my, jest to mąż z żoną na dwóch BMW. Jechali z Londynu do Hong Kongu (akurat tam się przeprowadzali). Nasz sprzęt nie wymagał reanimacji, więc po obejrzeniu świetnego Bike Baru, udaliśmy się w dalszą drogę na Bijsk.

W tym wielkim mieście osiadł na stałe polski ksiądz, który prowadzi tu misję. Postanowiliśmy odwiedzić ojczulka i zapytać jak leci. Po godzinie błądzenia odnajdujemy schronisko i ojczulka. Ks. Andrzej Obuchowski okazał się baaaardzo wyluzowanym człowiekiem. Strasznie lubi on zakręconych ludzi takich jak my, więc z noclegiem nie było problemu. Nocne Polaków rozmowy przeciągnęły się prawie do rana. A piwo tego roku w Bijsku było świetne!

Dla wszystkich tych którzy zamierzają wybrać się na Syberię polecamy przymisyjne "schronisko młodzieżowe". Jest to najtańsza i najlepsza w całej Rosji baza noclegowa, w której dodatkowo można dogadać się po polsku. Misja jest bardzo często punktem wypadowym dla wielu polskich turystów jadących w góry Ałtaj. Podczas przedłużonej kolacji dostajemy parę interesujących "cynków" co warto w okolicy zobaczyć. Przejażdżkę po tym pięknym regionie mieliśmy i tak w planie, także uzupełniamy tylko nasza rozpiskę i nazajutrz jedziemy wg. wskazówek ks.Andrzeja.

Pierwsze na liście są wodospady w okolicach miejscowości Sołonecznoje, leżące na granicy Ałtajskiego Kraju i Republiki Górny Ałtaj. Od tej pory przez najbliższe dni poruszamy się szutrami. Jakość nawierzchni, a raczej jej brak z nawiązką rekompensują wspaniałe widoki, które co chwila powalają na kolana utwierdzając nas dalej w przekonaniu, że naprawdę WARTO było tu przyjechać. Po 200km przy drodze pojawia się znak "Wodospady 15 km". Polną drogą po górskim terenie - może być ciekawie! Podjazdy, zjazdy i łąki którym nie ma końca przeplatają się z bagnistymi kałużami i przejazdami przez strumienie. Basia co chwilę krzyczy, że się boi. Owe 15km robimy w około 2h, co chwile walcząc z przeciwnościami losu oraz ukształtowaniem terenu. Pod koniec wspinaczki czeka na nas "ściana płaczu".200 metrów prawie pionowej ściany z głazami pośrodku, pod którą XT nie daje rady podjechać. Każde mocniejsze dodanie gazu stawia obładowany motocykl do pionu i grozi przewaleniem na "plecy", za lekkie zaś dławi silnik. Zastosowanie typowo szosowego przełożenia zwiększało nam prędkość podróżną, lecz teraz wcale nam nie pomagało. Dodatkowo bardziej szosowe niż terenowe opony grały w innej drużynie niż my. Odwrotu nie było - ścieżyna była za wąska! Nie obywa się bez paru gleb. Mimo, że oboje walczymy ile sił - na te 200m tracimy lekko godzinę! Gdy już dojeżdżamy do końca "drogi" naszym oczom ukazuje się prowizoryczny kemping. Lekko zdziwiony pytam laskę z obsługi, gdzie te cholerne wodospady. "Do pierwszego jest jakaś godzina drogi, a do pozostałych minimum 2h. Dojście jedynie pieszo!". Ręce mi opadają... W nagrodę, że udało nam się tu dojechać możemy się rozbić i dostać wrzątek za free (nie ma to jak się trochę potargować). Płacimy jedynie za banię po 1,5$ od osoby.

Raniutko wyruszamy na "szlak", czyli wydeptaną ścieżkę która ma wiele odnóg prowadzących do celu. Jednak żadna "tropinka" nie jest w żaden sposób oznaczona. Trzeba iść na "czuja". Zanim doszliśmy do 1-go wodospadu 10 razy przechodziliśmy w bród poprzez rwący górski strumień. Nikt o zbudowaniu mostku tutaj nie myśli. Najgorsze jest jednak to, że owy wodospad był wielkości naszej "Szklarki". Porażka! Dalej nie idziemy! Po godzinie byliśmy znów w namiocie. Gdy już prawie byliśmy zapakowani brygada z obozu obok zaprosiła nas na szaszłykobranie połączone z małą alkoholizacją. Na mięsiwo mieliśmy już od dawna chrapkę, jednak tutejsze ceny skutecznie nas odstraszały. Szaszłyk był wyborny i do tego w takich ilościach, że nie dało się tego przejeść. Na koniec jeszcze chłopaki zapakowali graty do Land Cruisera, wzięli Basię i eskosrtowali mnie abym bezpiecznie dojechał do "głównej drogi". Solo i bez bagaży poszło znaczniej łatwiej niż poprzedniego dnia. Szybka wymiana adresów i jedziemy dalej. Pogoda nam nie sprzyja, jest pochmurno i mży. Niedaleko za Ust-Kań zalegamy na spoczynek.

Rano śmigamy dalej do Tjungur - wioski z której wyruszają wszystkie wyprawy alpinistyczne na górę Biełuchę (ok. 4506m n.p.m). Cały czas szutrami prujemy po górach wzdłuż szmaragdowej rzeki Katuń, wijącej się pięknie w dole ostrymi serpentynami. Góry stają się coraz wyższe, zakręty coraz ciaśniejsze, a przez drogę co 100m przebiegają susliki poprawiając nam w ten sposób poziom adrenaliny. Ponad nami krąży wiele dzikich drapieżnych ptaków, co raz to pikujacych aby schwytać kolejnego susełka. Life is brutal!

Republika Górny Ałtaj słynie z pasterstwa, zatem należy być przygotowanym że za następnym zakrętem można spotkać stado koni, krów lub w najlepszym przypadku owiec. Szczególnie trzeba zwrócić uwagę na psy pasterskie, potrafiące zaatakować motocykl (raz ledwo uszliśmy z życiem - z pomocą przyszedł nam samochód jadący z przeciwka, który przednim zderzakiem skutecznie zlikwidował napastnika).

Tjungur to zapadła wioska, ale znajduje się tutaj fajny, z deka sypiący się wiszący most przez rzekę i dwie turbazy. Widząc, że Łada nie spowodowała zerwania się kładki podejmuję ryzyko i przeprawiamy się na drugi brzeg. W bazie funkcjonuje stołówka, jednak stanowczo ja ODRADZAMY. Według wielu map z Tjunguru teoretycznie prowadzi droga do Inji, miasteczka leżącego po drugiej stronie gór przy Czujskim Trakcie łączącym Novosybirsk z Mongolią. Okazuje się jednak, że za wioską droga zamienia się w wąską ścieżkę. Niestety, z uwagi na jej szerokość i stromość przejezdna jest tylko dla koni lub lekkich enduro... No cóż, w tym kraju należy się przyzwyczaić, że nie wszystko co jest na mapie jest w rzeczywistości. Jesteśmy zmuszeni zawrócić. Na wszelki wypadek udajemy z powrotem do turbazy, aby spytać o inną możliwość przebicia się do Inji (zaoszczędzilibyśmy dzień drogi). Pracujące w portierni kobieciny twierdzą, że miejscowe chłopaki dają radę Uralami i końmi przebić się na druga stronę, jednak gdy zobaczyły objuczoną Yamaszkę to zaczęły mieć wątpliwości. Zapada decyzja, że wracamy tę samą drogą do Tuekty, gdzie wbijemy się na Czujski Trakt. Nie ma co ryzykować gleby w przepaść. Nocujemy nad rzeką w połowie drogi do Ust-Koksy.

Powtarzający się odcinek drogi traktujemy jako tranzyt i zatrzymujemy się dopiero przed Ust-Kań, gdzie znajduje się tajemnicza grota wykuta w skalnej ścianie. Po pokonaniu setek stopni naszym oczom okazuje się wejście.. zabite dechami. Trudno - ciśniemy dalej. Z Tuekty kierujemy się na Taszantę (granica mongolska). Widoki znowu przepiękne, góry coraz wyższe, rzeka coraz piękniejsza, przyroda coraz dziksza! Aż chce się jechać! W pewnym momencie łapie nas koszmarna burza i to na najwyższej przełęczy. Droga namiętnie wiła się w górę i w dół, chmury "chodziły" po asfalcie a pioruny błyskały tuż nad naszymi głowami. Nie było wesoło, a my sami byliśmy naprawdę osrani po pachy. Na ile było można cisnęliśmy naprzód i po 20km udało nam się uciec żywiołowi, zmokliśmy jednak nieprzeciętnie. Za Aktaszem pojawiły się pierwsze ośnieżone szczyty, a w Kuraju naszym oczom ukazała się piękna panorama najwyższych szczytów Ałtaju. Idąc za radą Żeni z Barnaula wkręcamy się tutaj na festiwal paralotniarzy. Wjechaliśmy na lewiznę, rozbiliśmy namiot i poszliśmy lulu.

Obudziło nas słońce rozgrzewające namiot do czerwoności. Po śniadanku zapakowaliśmy się na Kamazy, które wiozły sprzęt i uczestników na górę. Pierwszy raz w życiu wjechaliśmy off-roadem na tak wysoki szczyt (ok. 2500 m n.p.m) i do tego ciężarówką. Obejżeliśmy loty para- i lotniarzy, które były niezwykle widowiskowe. Jeden z lotników miał pecha, poplątał sznurki i spadł na ziemię. Na szczęście skończyło się tylko na połamanych żebrach. Jako jeden z nielicznych facetów zostałem przydzielony do ekipy poszukiwawczej nieszczęśnika, kobiety zwieziono z powrotem do bazy. Gdy już znaleźliśmy "ofiarę" i zapakowaliśmy do UAZ-a ambulansu kierowca i jego załoga stwierdzili, że teraz w końcu można spokojnie zapalić i trochę odsapnąć. Zdrowie rannego nie miało w tym momencie żadnego znaczenia. Po zjechaniu z góry na płaskowyż sytuacja się powtórzyła. Kierowcy dwóch ambulansów z okazji spotkania musieli sobie zapalić i poplotkować. Cóż.. taka tutaj mentalność, nikomu się nigdzie nie spieszy.. Wieczorem dołączyliśmy się do ogniska i rozpoczęła się imprezka.

Po śniadanku, na lekkim kacyku prujemy z powrotem na Górnoałtajsk. Pechową przełęcz zaliczamy po raz kolejny, tym razem w pięknym słońcu. Nie ma jednak tak łatwo. Po burzy wielkie głazy osunęły się na jezdnię i trzeba było poczekać aż je usuną. Wygląda na to że mieliśmy farta, że nie spadły one wtedy na nas. W stolicy Republiki okazuje się, że siadł akumulator.. Domyślam się, że znów odlutował się kabelek od cewki odpowiedzialnej za ładowanie. Mimo to wyskakujemy za miasto i w deszczu rozbijamy się w lesie.

Rankiem z niewielkimi problemami wyruszamy z lasu i prujemy nad jezioro Teleckie. Ponoć miało być ładne, niestety nie wygląda za pięknie. Na szczęście pogoda dopisuje. U miejscowego rybaka zostawiamy aku do ładowania a sami idziemy do kafejki na śniadanko i przejść się po okolicy. Gdy wracamy bateria już jest OK., wiec jedziemy dalej na Bijsk. Na miejscu spotykamy dwie grupy Polaków wybierających się na eksploracje Ałtaju. Tak jak my zatrzymali się u x.Andrzeja. Z księżulkiem wybieramy się na Czieburaki i zimne bijskie piwko.

Następny dzionek przeznaczamy na serwis sprzęta i zwiedzanie miasta. Z powodu ogólnego braku lutownicy naprawę ładowania odkładamy na inny termin.

Z Bijska wyjeżdżamy dość wcześnie i ciśniemy przez Nowo Kuźnieck na Kemerowo. Droga tragiczna! Za miastem rozbijamy się nad rzeką. Niedaleko od nas byli rozbici Rosjanie, maltretujący nas przez całą noc ruskim disco polo.

Cały dzień prujemy do Krasnojarska, gdzie z trudem odnajdujemy polskich zakonników, na których namiar dał nam ks.Andrzej. Miło przyjęci trolimy, najadamy się do oporu, zwiedzamy Stołby, miasto oraz szukamy akumulatora. W naszym ułamała się klema. Mimo, że Krasnojarsk to olbrzymia metropolia mamy z tym problem. Na szczęście w końcu się udaje i XT znowu chce jechać dalej.

Po 3 dniach tniemy dalej na wschód. Za Kańskiem "droga" się kończy a zaczyna niezły "hardcore". Szuter z niezłymi jamami w połączeniu z burzą tworzą mieszankę wybuchową. Grunt zmienia się w błotnistą pułapkę, a prędkość spada prawie do zera. O 23 docieramy do Alzamaj, jedynej stacji paliw i motelu w okolicy. Tankujemy do pełna, jednak ceny za nocleg zwalają nas z nóg. Na szczęście udaje nam dogadać się z ochroną i za darmo rozbijamy namiot w hangarze, gdzie również nocuje Tenerka.

Następnego dnia hardcore-u ciąg dalszy, tym razem jest jednak sucho. W połowie drogi zatrzymujemy się przy straganie oferującym limbowe szyszki. Kupujemy jedną na próbę i bawimy się w wiewiórki. Orzeszki są nawet niezłe - trzeba się jednak trochę napocić aby się do nich dostać. 100km przed Irkuckiem przy kafejce zaczepia nas jakiś gościu i zaprasza na zlot nad Bajkałem! Nie można mu odmówić! Jednak najpierw jedziemy do Listwianki przywitać się z jeziorem. Lekko zmoknięci próbujemy znaleźć nocleg. Ceny tu zmieniły się dokładnie o 1000% w porównaniu z 2001 rokiem. Szukając lokum trafiamy do pewnej willi. Po obejrzeniu chacjendy zapytuję się babki o to gdzie jest łazienka i czy jest ciepła woda. Łazienka owszem jest, ale wody wogle nie ma bo coś się zepsuło!! Pytam ją zatem czy przypadkiem nie ma problemów z głową chcąc za pokój po 60zł od osoby i to bez wody?? Ona na to: ?.... ale przecież wczoraj była!!? Zwijając się ze śmiechu jedziemy dalej. Całkowitym przypadkiem spotykamy kobietę, która gościła mnie poprzednim razem. Za śmieszne pieniądze kimamy i rankiem czmychamy pomału w stronę zlotu.

Po drodze wstępujemy do skansenu Talcy, gdzie można się poczuć jak w takim syberyjskim Biskupinie. Zgromadzono tutaj zabudowania wszystkich ludów zamieszkujących okolice Bajkału. Krętą szosą znów walczymy z powolnymi Kamazami wspinając się raz ostro pod górę, aby po chwili znów ostro ciąć w dół. Widoki wciąż zapierają dech w piersiach, za każdym zakrętem czai się coś ciekawego. Z jednej strony błękitna toń Bajkału z drugiej zaś góry. W Śludziance zatrzymujemy się w schronisku prowadzonym przez szefostwo Muzeum Mineralogicznego. Spotykamy tam nieco drętwych Polaków, korzystamy z bani i zalegamy w śpiworkach.

Na zlot docieramy w sobotę. Bez problemu odnajdujemy Chochoła, który zapraszał nas na tę imprezę. Parę szybkich kielonków i już jesteśmy zaklimatyzowani. Załapujemy się na pyszne jedzonko i robimy rundę po obozowisku. W 50% ludziska przyjechali na sprzętach rodzimej produkcji, mniej lub bardziej przerobionych. Reszta to japońskie wersje japońskich motocykli niespotykane w Europie (np. XT400E, ZZR400). Na koniec kupujemy koszulki zlotowe i wracamy na dalszą część biby z rebiatą z Bracka. Obżarci dopiero co ugotowaną zupą z dopiero co zabitego barana (!) i napici samogoniku idziemy popatrzeć na konkurencje zlotowe. Asortyment konkursów taki jak u nas w połączeniu z zabawami weselnymi. Bawimy się do upadłego wraz z Dominikiem z Belgii (Ural Ranger) i Dougiem z Alabamy (Indian Chief z 1948r). Aż nie chce się wyjeżdżać dalej!!

Powolnymi ruchami wygrzebujemy się z namiotu. Jeszcze wolniej zbieramy łachy i pałaszujemy wiadro świeżutkiej zupy (teraz już wiem po co ruscy wożą kobiety na zloty!). Wylewne pożegnanie i ponownie tniemy południowym wybrzeżem Bajkału do Ułan-Ude. Kręta droga prowadzi wzdłuż brzegu i jest bardzo widokowa. Trzydzieści km za zlotem tankujemy na full. Na wyjeździe z cpn-u zatrzymuje nas Dominik z Dougiem. Okazuje się, że znaleźli na drodze nasz aparat, który niespostrzeżenie ewakuował się z pokładu motocykla. Znów niezły fart! No dobra, teraz baczniej sprawdzamy jego mocowania aby nie stracić go na amen. Po drodze wskakujemy wykąpać się w tzw. Ciepłych Jeziorach położonych w górach Chamar Daban. Woda w nich ma ok. 20C co może nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak w porównaniu z wodami Bajkału (2C) to wrzątek. Wjazd jest oczywiście płatny, jednak nie wiemy ile ponieważ znów wjeżdżamy na lewo. W okolicy Selengińska podczas tankowania spotykamy Buriata z którym razem Saszką kiedyś trolilismy nad brzegiem Bajkału. Co za spotkanie! Gaworzymy chwilkę i rura dalej! W nocy meldujemy się u Siergieja w Iwołgińsku, rosyjskiej stolicy buddyzmu. Z trudami odnajdujemy jego dom (brak numeracji).

Rankiem jedziemy nową japońską wersją Toyoty (kierownica z prawej strony) do Dacanu - największego w Rosji kompleksu buddyjskich świątyń. To właśnie Ivołgińsk jest głównym ośrodkiem lamaizmu w tym kraju. Cały kompleks trzeba zwiedzać wg ruchu wskazówek zegara, pokręcając wszystkie młynki modlitewne i przy każdym zostawiając drobny pieniążek lub podarek dla Bóstw (papieros, ciastko lub zapałka mile widziane). Na sam koniec wchodzimy do głównej świątyni strzeżoną przez 2 tygrysy, którą też trzeba obejść jak w zegarku J. Cały kompleks jest bardzo kolorowy i orientalny. Porównując stan z przed 5 lat, zauważa się wiele nowych budynków i dwie nowe świątynie. Wychodząc wstępujemy do tybetańskiego Lamy, który bada Basię. Za 200 rubli kupujemy jakieś tybetańskie ziółka wyglądem przypominające kozie bobki, które trzeba żuć po kolacji. Jakby ich zabrakło, a potrzebowalibyśmy ich więcej - nasz znachor wypisał receptę. Wszystko fajnie, pięknie tylko ciekawe który farmaceuta w kraju nad Wisłą włada tybetańskim. Dla nas to parę nieczytelnych bazgrołów, ale z drugiej strony to fajna pamiątka. Następna atrakcja okolicy to skansen w Ułan Ude. Jest on kilkukrotnie większy od tego w Talcy. Ponadto posiada on wiele ciekawszych eksponatów i budowli. Szczególną uwagę należy zwrócić na rzadko spotykane, barwne i misternie zdobione domy "Semiejców" (starowierców) i innych zesłańców. Jakby tego było mało na jego terenie znajduje się małe zoo, gdzie zobaczyć można wszystkie gatunki zwierząt występujące w okolicy z wilkami, jakami i niedźwiedziami włącznie. Polecamy! Wieczorem lutuję rozsypujący się alternator i idziemy lulu.

Sergiej i Tania stali się dla nas jak rodzina. Trudno nam było od nich wyjeżdżać. Z Ułan Ude kierujemy się na północ w stronę bajkalskiego półwyspu Św.Nos. Droga wiedzie całkowitym wręcz odludziem, raz jest raz jej nie ma. Stacja benzynowa to rzadkość. Nawierzchnia w przeważającej części jest szutrowa i jak to zwykle bywa posiada olbrzymie jamy. Przez najbliższy 1000km zapowiada się ostra walka ze sprzętem.

Od miejscowości Turka aż do samego Ust Barguzin, tuż przy drodze, wzdłuż Bajkału, ciągnie się przepiękna piaszczysta plaża z wieloma świetnymi miejscami do biwakowania. Jak się dobrze poszuka to można natrafić na sklecone przez poprzedników stoły, ławki etc. Dodatkowym atutem jest ciepła woda w jeziorze!

W Ust Barguzin po złodziejskiej cenie tankujemy na full, zakupujemy prowiant i przeprawiamy się promem na drugi brzeg rzeki. Przy znaku "Zabajkalski Park Narodowy" skręcamy w lewo i sprytnie omijając szlaban wjeżdżamy na teren półwyspu. Pokrzykiwania strażnika skutecznie zagłuszył wypruty "Sebring". Rozbijamy się przy pierwszym lepszym jeziorku. Piękny zachód słońca zza górzystego półwyspu wynagradza nam wszystkie męki i napawa optymizmem.

Żar leje się z nieba a my strasznymi wertepami przebijamy się piaszczystą mierzeją na Święty Nos. Widoki cudowne! Po obu stronach Bajkał, a przed nami wielkie góry, które już na nas czekają. Mieszka tam ponad 80 niedźwiedzi co jak na takie małe miejsce to wręcz tłok. Na szczęście nie widzimy żadnego, choć zjeżdżamy półwysep wzdłuż i wszerz (Sebring robi swoje). Drogi to przeważnie równo położony szuter, czasami zdarzają się jednak długie, strome, błotniste podjazdy i zjazdy doprowadzające Basię prawie do histerii. Bywa i tak, że nawet ja mam mokro. Mimo wszystko miejsce jest warte zobaczenia. W "miejscowości" Glinka zatrzymuje nas tubylec i pyta czy mamy wódkę (a mówiłem aby wziąć!). Niestety zostały nam ciepłe resztki wczorajszego piwka, jednak dla aborygena nie ma to większego znaczenia. Wspomniany bronx biega już wesoło po jego przewodzie pokarmowym podtrzymując go dalej w stanie ograniczonej świadomości. Za pomoc w podtrzymaniu fazy dostajemy reklamówkę wielkich Omułów. Kawałek dalej rozbijamy namiot i pieczemy świeżutkie rybki na ognisku. Są pyszne! Basia na dokładkę wskakuje do wody i wogle jest super.

Leniwie zbieramy się w drogę. Znowu bokiem mijamy szlaban i wrzeszczącego strażnika. Ponownie też załapujemy się na przerwę w przeprawie i czekamy w największym słońcu na nasze wodne taxi. Znowu przed nami setki kilometrów szutru rozjeżdżonego przez spychacze. Wieczorkiem dojeżdżamy do jakiegoś dzikiego campingu nad Bajkałem. Wokoło nas rozbici są też rdzenni, którzy jeden przez drugiego katują nas ruskim disco. Udaje się nam jednak zasnąć.

Rano znowu szybkie pakowanko, śniadanko i gdy już jesteśmy gotowi do drogi jedni z naszych wczorajszych "katów" zapraszają nas na śniadanko - trudno im odmówić. Po raz pierwszy w życiu pijemy herbatę z mlekiem (a tfu!) i jemy tort na śniadanie (w miarę). Po jedzeniu poprzez mega kałuże wydostajemy się na główną drogę i lecimy znów po serpentynach tą samą drogą wzdłuż Bajkału na południe do miejscowości Kułtuk, skąd odbijamy ponownie na Mongolię. Mijamy miejsce zlotowiska i ciśniemy dalej przed siebie. Po 100km naszym oczom ukazuje się piękna panorama Sajanów z ośnieżonymi szczytami w tle. W Kyren zatrzymuje nas "spieszony" posterunek GAI. Po sprawdzeniu dokumentów zatrzymali jakiś samochód i kazali jechać za sobą. Widząc ponure, skośnookie mordy Buriatów wiedziałem że coś się święci. Standardowo udawałem, że nic "nie panimaju". Gdy ment oddał nam papiery i machnął ręką mówiąc "Pojedziemy tam na posterunek" to poszedłem za jego radą i ruszyłem przed siebie zostawiając parchów na środku skrzyżowania. Tym razem udało nam się im zwiać. 10 km dalej wjeżdżamy w paskudną burzę i przemakamy do majtek. Na domiar złego asfalt zmienia się w glinę i mało brakuje abyśmy parę razy leżeli. W pierwszym sklepie przeczekujemy nawałnicę i dalej serpentynami jedziemy do wioski Mondy, leżącej 2km od Mongolii. Naszym celem jest święta góra Buriatów i najwyższy szczyt Sajanów - Munku Sardyk (3491 m.n.pm). Za wioską odbijamy na Orlik i doliną Irkutu tniemy szczebionką w stronę góry. Jako, że przebywamy w strefie przygranicznej, na przebywanie tutaj wymagana jest przepustka wydawana w Mondach. Wiemy o tym doskonale, jednak szkoda nam było tracić czasu na takie głupoty. Po 30km mijamy posterunek milicji i w niedalekiej okolicy rozbijamy obóz. Gdy ognisko już dobrze się pali - podjeżdża do nas wędkarz i radzi szybko się stąd ewakuować. Ponoć w sklepie przy BYŁYM posterunku GAI pełno nawalonych Buriatów szukających zaczepki. W razie dymów nikt nam nie pomoże, bo nawet policja zwiała stąd 2 lata temu. Teraz panuje tutaj prawo dżungli. No ładnie! Przenosimy się do jego obozowiska. Nasz wybawiciel częstuje nas parówkami z ogniska i udostępnia ogień aby zagrzać wodę, którą podobnie jak nad Bajkałem nabiera się bezpośrednio z rzeki. Po obiado-kolacji idziemy na spacerek wzdłuż koryta rzeki. Przy okazji odkrywamy niczego sobie wodospadzik.

Jeździmy trochę po okolicy i wracamy podobną drogą dojeżdżając ostatecznie do Arszanu. Motocykl ledwo odpalił, aku znów jest na wyczerpaniu, wiec na miejscu wynajmujemy za 300 rubli małą altankę gdzie podładowywujemy akumulator. Miasteczko to upadający kurort z dwoma zrujnowanymi sanatoriami i prowizoryczną pijalnią wód, buddyjskim klasztorem i całą masą wałęsającego się bydła srającego gdzie popadnie i ogromną ilością turystów. Pijalnia wody mineralnej wygląda tragicznie. Są to rury z których leci woda do koryta, wszystko to znajduje się na wolnym powietrzu, jest bardzo zardzewiałe i odrapane z farby. Krótko mówiąc - jakby w czasie wojny w to walnęła bomba i od tej pory nikt tego nie ruszał. Dodatkową atrakcją jest betonowa rynienka wkopana w ziemię, którą płynie woda z korytka i w której to można pomoczyć nogi (fajna sprawa). Ogólnie rzecz biorąc nie wiemy po co ci ludzie tu przyjeżdżają - my byliśmy zawiedzeni. Z tej miejscowości chcemy wspiąć się na Pik Ljubiwi (góra miłości) aby ukoronować tę naszą nietypową podróż poślubną. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany.

Rano gdy Basia jeszcze słodko śpi wymykam się na zakupy. Jest 8:30 rano. Drałuję przez całą wiochę i nie mogę nigdzie znaleźć otwartego sklepu! Zrezygnowany wracam z powrotem. Gdy jestem już w połowie drogi ludziska zaczynają otwierać magaziny. Z trudem udaje mi się kupić jajka a o chlebie możemy pomarzyć, bo jeszcze nikt nie dowiózł! I to ma być kurort??!! Cały wyziębiony wracam z "łupami" do domu. Po śniadanku dopada mnie silne przeziębienie i ścina momentalnie z nóg. Pogoda też się zepsuła - ciągle pada i pełno jest gęstych, ciemnych chmur. Cały dzień prawie przesypiam wychodząc jedynie po coś do szamania na obiad.

Nie widząc perspektyw po 2 dniach oczekiwania ruszamy aby objechać Bajkał z zachodniej strony. Tego dnia docieramy na wyspę Olchon. Praktycznie droga do promu w całości jest już asfaltowa, ze szczebionki zostało jedynie 30km. Od miejscowości Bajandaj zaczynają się iście beskidzko-bieszczadzkie widoki. Po półgodzinie pakujemy się już na statek i płyniemy na wyspę. Wcześniej jednak robimy zapasy jadła aby potem nie przepłacać lub głodować. Na Olchonie funkcjonuje tylko 1 szutrowa droga, jednak ukształtowanie powierzchni pozwala zjechać ją wzdłuż i wszerz nawet zwykłym motocyklem. Czym prędzej ciśniemy nad jezioro Nurskoje oddalone od promu ok. 4km. Sporo tu miejsc do kimania, więc z rozbiciem nie ma problemu. Największym problemem wyspy jest opał - lasów tutaj prawie nie ma, także trzeba się nieźle napocić aby coś na ognisko nazbierać. Na wyspie spędzamy 4dni. Warto tu z pewnością zobaczyć: antyczne mury Kurykanów, skałę Szamankę (w Chużirze), stary łagier i śpiewające piaski (Piesecznaja - uwaga! Łatwo się tu zakopać na amen! Bardzo ciężka trasa), przylądki Sagan-Chuszun i Choboj. Cała wyspa jest niezwykle piękna i ma w sobie coś magicznego. Co roku odbywa się na niej zlot szamanów, dla których to jest to jedno z pięciu świętych miejsc na ziemi. Warto tu zawitać. W Chużir spotykamy Polaków, którzy przyjechali tutaj busikiem.

W drodze powrotnej przy przeprawie promowej spotykamy bikerów z Angarska na XT400E z którymi jedziemy razem nad Małe Morze - jedną z ciepłych cieśnin Bajkału. Woda nie jest cieplejsza niż na wschodnim wybrzeżu, ale wszędzie za to są fajne góry. Dwa dni trolimy w tajdze poczym wracamy wspólnie do Angarska. Na miejscu okazuje się, że jakiś kleszcz wgryzł mi się w brzusio. Pakujemy zatem go w słoik i korzystając z ubezpieczenia Koli oddajemy go bezpłatnie do analizy. Na szczęście nie był niczym zakażony.

Na liczniku stuknęło 14.000km, jesteśmy zmęczeni. To już 50-ty dzień naszej podróży. Podejmujemy decyzję, że z Angarska pomału wracamy przez Brack, gdzie będziemy próbować zapakować motor na pociąg i w ten sposób wrócić do Moskwy. Po 600km osiągamy Brack i logujemy się u zapoznanych na zlocie bikerów. Tutaj czuć już oddech zimy - za dnia jest 9C a w nocy 0C!

Pociąg miał być dopiero za parę dni, zajęli się więc nami wszyscy motocykliści, którzy byli w miarę wolni. Brack to przemysłowe miasto z dwoma ogromnymi zakładami i największą w Rosji elektrownią wodną. Pozwiedzaliśmy co się da, przeżyliśmy dwie ostre biby poczym...Tenere wyzionęła ducha!!!! Elektryk stwierdził spalenie się modułu zapłonowego i alternatora...Kaplica!! Nówka jest horrendalnie droga, używek brak a sprowadzenie czegokolwiek mija się z celem (oczekiwanie na pocztę z Polski to ok. miesiąc). No to leżymy, śnieg nas zasypie i tyle z tego będzie!! Niestety trzeba motor zostawić, wiezienie go do Moskwy też nam nic nie da bo dalej go przecież pchać nie będziemy... Sprawę rozwiązuje Kola, który odkupuje Tenerkę.

Kumpel Koli, Mr.Hajabusa wraz z żoną akurat jadą autem do Moskwy (jakieś 6000km w 1 stronę), zabieramy się zatem z nimi. Po 4 dniach jazdy praktycznie non-stop docieramy do stolicy. Na trasie spotykamy Andrieja z Władywostoku na XTZ750. Okazało się, że zna mojego brata z poprzedniego zlotu w Nachodce (Morze Japońskie). Niezły zbieg okoliczności, ale na Syberii to normalne.

W Moskwie kupujemy bilety na pociąg do Terespola i po paru dniach jesteśmy już w domu.

To była niezwykła podróż, a wspaniali ludzie których poznaliśmy ją tylko uświetnili.. Szkoda, że podróż poślubna jest tylko raz w życiu...

 

Dziękujemy bardzo Dorocie i Arturowi Heidemann za okazaną pomoc i wiarę w nas oraz Tomkowi Skłuckiemu i Maćkowi Baranowskiemu za udzielanie się w przygotowaniu motocykla do drogi. Spasiba balszoj!

 

Barbara i Krzysztof "Redskin" Pańczak Kołchoz-Bajkerz W.C. Szczecin